Najlepszy rok w historii męskiego singla – Hubert Hurkacz i sezon 2021 [PODSUMOWANIE]

Hubert Hurkacz Wimbledon
Hubert Hurkacz (fot. Hubert Hurkacz / Facebook)

Za nami jeden z najlepszych sezonów w historii pod względem występów polskich tenisistów w rozgrywkach singlowych. Wśród mężczyzn swój najlepszy sezon w karierze rozegrał Hubert Hurkacz, który nie tylko pobił wiele rekordów polskiego tenisa, ale także udowodnił swoją pozycję „na rynku” światowym. Nie zawsze było jednak wspaniale. Dziś postaramy się streścić, jak wyglądała tegoroczna droga Polaka do dziewiątego miejsca rankingu ATP.

Mocny start i lekka zadyszka

Pierwszym przystankiem reprezentanta Polski w sezonie 2021 był turniej Delray Beach Open, który Hubert wygrał bez straty seta. Solidna dyspozycja i tytuł zdobyty już w pierwszym tygodniu sezonu mogły znacznie pobudzić apetyty polskich kibiców, którzy oczami wyobraźni widzieli już wielkoszlemowe Australian Open.

Dołącz do największej grupy tenisowej w Polsce – Nie śpię, bo oglądam tenis

Najpierw jednak na wszystkich czekała obowiązkowa kwarantanna, po której rozpoczęły się dwa turnieje przygotowujące do rywalizacji w australijskim szlemie – Great Ocean Road Open i Murray River Open, a także okrojony ATP Cup, w którym udział brało 12 zamiast 24 zespołów. Hubert zgłosił się do pierwszej z wymienionych imprez i rozpoczął ją od pewnego zwycięstwa nad Mikaelem Torpegaardem. Później pojawiły się problemy pogodowo-organizacyjne. Oprócz opadów deszczu, dużym problemem był także pozytywny wynik testu pracownika hotelu, w którym przebywała spora część zawodników. Doprowadziło to do sytuacji, w której zwycięzcy spotkań trzeciej rundy musieli rozgrywać swoje pojedynki ćwierćfinałowe jeszcze tego samego dnia. Nasz najlepszy tenisista rozpoczął od pewnego zwycięstwa nad Pablo Cuevasem, jednak Stefano Travaglia okazał się zbyt mocny. Był to o tyle bolesny rezultat, gdyż Hurkacz do pewnego momentu wydawał się całkowicie kontrolować wydarzenia na korcie. Niewykorzystane szanse w drugiej partii poskutkowały jednak problemami, które doprowadziły do pogorszenia dyspozycji tenisisty z Wrocławia, a ostatecznie do porażki.

Mimo to, nastroje przed Australian Open były bardzo optymistyczne. Można wręcz powiedzieć, że wspomniany rezultat traktowano pozytywnie, gdyż taki scenariusz oferował więcej dni na odpoczynek i przygotowanie do największej imprezy na Antypodach. Niestety, w imprezie docelowej byliśmy świadkami podobnej historii. Hubert zaczął dobrze, ale później był skutecznie wybijany z rytmu przez kapitalnie broniącego się tego dnia Mikaela Ymera. Oczywiście po tym występie pojawiły się obawy o powtórkę z sezonu 2020, który również zaczął się dobrze, a później okazał się mocno przeciętny. Złe nastroje jeszcze bardziej pogorszył pierwszy mecz po powrocie do Europy, w którym Polak znacznie uległ Alejandro Davidovichowi Fokinie.

Pierwsze oznaki powrotu do formy mogliśmy zaobserwować w Rotterdamie. Najpierw Hurkacz w niezłym stylu pokonał Adriana Mannarino, a następnie stoczył fantastyczny bój ze Stefanosem Tsitsipasem. Później przyszedł czas na Dubaj, gdzie „Hubi” na inaugurację pewnie uporał się z Richardem Gasquetem, ulegając w kolejnej rundzie Denisowi Shapovalovowi. Tymczasem na horyzoncie widzieliśmy już prestiżowe Miami Open. To, co wydarzyło się na Florydzie, przeszło do historii tenisa.

Złoty Hubert

Tytuł tego „rozdziału” brzmi trochę jak nazwa nagrody dla najlepszego myśliwego roku, ale oczywiście dotyczy innej, znacznie przyjemniejszej sytuacji. Hubert Hurkacz w niesamowitym stylu wygrał Miami Open, zostając pierwszym w historii polskim triumfatorem imprezy rangi Masters 1000 w singlu. Na szczególną uwagę zasługują mecze ⅛ i ¼ finału. W obu przypadkach Polak odniósł zwycięstwo za sprawą mocnej psychiki, która na przestrzeni tego sezonu nie raz okazywała się kluczowa dla losów spotkań, jak i całych zawodów. Najpierw 24-latek wytrzymał prawdziwą wojnę na żyletki z Milosem Raoniciem – bardzo specyficznym i niewygodnym przeciwnikiem. Prawdziwe fajerwerki wypaliły natomiast w trakcie boju ze Stefanosem Tsitsipasem, podczas którego Hurkacz po raz kolejny w swojej karierze udowodnił, że walczy do końca. Był to chyba największy, a z pewnością najważniejszy „comeback” w życiu naszego reprezentanta. W dłuższej perspektywie rezultaty osiągnięte w Miami dały najlepszemu polskiemu singliście mnóstwo pewności siebie i wiary we własne umiejętności. Podopieczny Craiga Boyntona zdobył wiele doświadczenia, które procentowało w drugiej części sezonu. Wcześniej jednak nadeszły kolejne problemy.

Nie z każdej mą(cz)ki da się upiec chleb

Po historycznym triumfie w Miami, Hubert i jego team nie mieli zbyt dużo czasu na świętowanie. Już tydzień później Polak rozgrywał swój pierwszy mecz w Monte Carlo – w zupełnie innych warunkach, na zupełnie innej nawierzchni, zaledwie kilka dni po największym skalpie turniejowym w życiu. Kumulacja tych okoliczności była przyczyną słabego startu sezonu na kortach ziemnych. Zwycięzca Miami Open wygrał pierwsze spotkanie z Thomasem Fabbiano po walce, ale na Daniela Evansa nie starczyło już energii. Nie było jednak wielu powodów do niepokoju – to był dopiero pierwszy występ na nowej nawierzchni, do którego nie było czasu się konkretnie przygotować. Kolejne zawody zaczynały się dopiero za dwa tygodnie, co wydawało się być bardzo korzystną wiadomością dla „Hubiego” i dawało mu czas na powrót do optymalnej dyspozycji.

Jak się okazało, to było preludium do najgorszego okresu reprezentanta Polski w tym sezonie. W Madrycie był o krok od pokonania Johna Millmana, ale nie był w stanie utrzymać swojego poziomu gry do końca spotkania. Później czekał nas Rzym, gdzie Hurkacz był zmuszony poddać pierwszy mecz od trzech lat. Jak się okazało, przyczyną tej decyzji było poważne osłabienie spowodowane infekcją, której efekty ciągnęły się za naszym zawodnikiem przez kilka kolejnych tygodni. Po nieudanym French Open, zakończonym przez „HuHu” na rundzie numer jeden, nadszedł czas na występy na trawie. Pierwsze rezultaty nie były jednak lepsze od tych uzyskiwanych na czerwonej mączce. W Stuttgarcie Hurkacz musiał uznać wyższość 19-letniego Dominika Strickera. W Halle lepszy okazał się natomiast Felix Auger Aliassime. Po tych zawodach Hubert miał na swoim koncie sześć porażek z rzędu. Nastroje przed Wimbledonem były więc w większości mizerne, jednak dwie rzeczy mogły lekko ożywić nadzieje tenisisty z Dolnego Śląska i jego sympatyków. Po pierwsze, „Hubi” grał w ostatnim spotkaniu dużo lepiej niż w poprzednich. Po drugie, Hurkacz i Felix Auger-Aliassime dotarli w Halle do finału debla, dzięki czemu Polak mógł wreszcie złapać rytm meczowy. Mówiono także, że przecież każda seria kiedyś się kończy. Nasz najlepszy singlista pokazał, że jak się odbudowywać, to z rozmachem.

Magiczny Wimbledon

Wimbledon rozpoczął się od pewnego zwycięstwa z Lorenzo Musettim. Hubert pokazał w nim dobry tenis i dużo pewności siebie, co od razu podniosło kibiców na duchu. Po kolejnych spotkaniach było widać, jak ważny był to wynik dla samego Polaka. W drodze do 4. rundy, Hurkacz wręcz miażdżył swoich rywali, ani razu nie tracąc przy tym swojego podania. Już wtedy 24-latek był autorem swojego najlepszego wyniku wielkoszlemowego w karierze. Miał jednak ochotę na znacznie więcej.

W ⅛ finału nasz reprezentant walczył z Daniilem Medvedevem, dla którego tegoroczny występ na kortach Wimbledonu również był najlepszym w karierze. Rosjanin od początku prezentował się kapitalnie i oczywiste było, że o awans do najlepszej ósemki imprezy będzie niezwykle ciężko. Po trzech setach, Medvedev prowadził w stosunku 2-1. W partii czwartej dało się zauważyć dwie tendencje, które pobudzały nadzieję. Hubert grał coraz lepiej, natomiast Daniil lekko obniżył swój poziom, przez co przed Polakiem zaczęły pojawiać się szanse. Nie trwało to jednak zbyt długo, gdyż na korty nadciągnął deszcz, przez co spotkanie zostało przełożone na kolejny dzień. Jak się okazało, nasz zawodnik znakomicie poradził sobie z tą sytuacją i po powrocie na kort zwyczajnie zdemolował swojego przeciwnika, który praktycznie w ogóle nie przypominał siebie z dnia poprzedniego.

Grafika zapowiadająca historyczny mecz Federer 0:3 Hurkacz (autor: Mateusz Lazar)

W nagrodę Hurkacza czekało spełnienie marzeń – pojedynek z Rogerem Federerem na korcie centralnym najbardziej legendarnego turnieju tenisowego na świecie. Debiutant w tej fazie imprezy wyszedł z tej konfrontacji zwycięsko, zapisując się w historii. Osobiście mam nadzieję, że „Hubi” nie został tym samym ostatnim rywalem Szwajcara w jego karierze i Roger powróci jeszcze na światowe areny.

Hubert zakończył swój występ na półfinale, w którym lepszy okazał się Matteo Berrettini. Dla Polaka brytyjski szlem był prawdziwą kopalnią plusów. Awans na 11. miejsce rankingu ATP, wyrównanie najlepszego wyniku polskiego singlisty w Wielkim Szlemie, a także kolejny ogromny zastrzyk pewności siebie, o której efektach jeszcze przeczytacie w dalszej części artykułu. Bezpośrednio po Wimbledonie 24-latek udał się do Gdyni, gdzie wraz z Igą Świątek, Klaudią Jans-Ignacik i Marcinem Matkowskim brał udział w wydarzeniu charytatywnym, a już kilka dni później był w drodze na turniej olimpijski w Tokio.

Gorzki początek słodkiej drogi

Występ na Igrzyskach Olimpijskich był kolejnym z wielkich marzeń Huberta. Udało się go zaliczyć, ale nie wyglądał on tak, jakbyśmy wszyscy chcieli. Nasz reprezentant przegrał w 2. rundzie z Liamem Broadym. Jak sam przyznał, w Japonii od początku czuł się źle, a zatrucie pokarmowe, którego nabawił się przed drugim meczem, tylko pogorszyło sytuację. Trzeba było jednak jak najszybciej zapomnieć o tej sytuacji, zregenerować siły i ponownie ruszyć do Ameryki Północnej, gdzie rozpoczynał się Masters 1000 w Toronto.

Hubert Hurkacz w Tokio

Ze względu na „wolny los” w 1. rundzie i rezygnację Keia Nishikoriego, który miał grać z Hurkaczem w 1/16 finału, Polak rozpoczął zawody od rundy trzeciej, w której stoczył wspaniały bój z Nikolozem Basilashvilim. To było jedno z tych spotkań, w których 24-latek pokazywał swoją siłę psychiczną. Ówczesny pretendent do miejsca w czołowej dziesiątce rankingu wytrzymał trudy pojedynku z ciężkim rywalem i awansował do ćwierćfinału, w którym uległ Daniilowi Medvedevowi po bitwie, której wynik do końca był sprawą otwartą. Kolejny udany występ Hubert zaliczył w Cincinnati, gdzie po zwycięstwach nad Alejandro Davidovichem Fokiną i Andym Murrayem dotarł do 3. rundy.

Przed US Open nastroje były pozytywne – szczególnie po losowaniu, które w teorii było dla gracza z Wrocławia rewelacyjne. Ponownie jednak okazało się, że turnieje wielkoszlemowe rządzą się swoimi prawami. Po pewnym zwycięstwie nad Egorem Gerasimovem, tenisista z Dolnego Śląska uległ Andreasowi Seppiemu. Ten wynik odbił się szerokim echem w środowisku, a na ustach obserwatorów znów pojawiła się krytyka i zbyt daleko idące wnioski. Jak się okazało, absolutnie nie mieliśmy powodów do obaw.

Reprezentant Polski powrócił do Europy – konkretnie udał się do Metz, gdzie w swoim debiucie w sezonie 2019 spisał się bardzo źle. Powrót okazał się jednak absolutnie historyczny. Przed rozpoczęciem imprezy dowiedzieliśmy się, że Hubert zgłosił się również do turnieju gry podwójnej. Jego partnerem miał zostać Jan Zieliński. W ten sposób nasz najlepszy singlista chciał umożliwić przyjacielowi występ w Tourze i zaprezentowanie się szerszej publiczności. Plan się udał i to w najlepszym możliwym stylu. Hubert nie tylko podniósł puchar za zwycięstwo w deblu razem z Jankiem, ale także okazał się najlepszy w grze pojedynczej. Szczególnie zmagania singlowe potwierdziły to, o czym już wspominałem – ogromny postęp Polaka na gruncie psychologicznym. Hurkacz nie zawsze pokazywał swój optymalny tenis, miał gorsze momenty, ale za każdym razem wychodził z opresji bez szwanku. Podwójny triumf w Metz był kolejnym historycznym osiągnięciem Polaka w tym sezonie, przez które coraz bardziej realnie mogliśmy myśleć o występie tenisisty z Wrocławia w ATP Finals. Warto także przypomnieć, że we francuskim mieście reprezentant Polski nie stracił w obu turniejach (singlu i deblu) nawet seta.

Już 3 dni później „Hubi” walczył o kolejne punkty na kortach w amerykańskim San Diego. Szybka zmiana klimatu, kontynentu i strefy czasowej przyczyniły się do porażki Polaka w pojedynku 2. rundy z Aslanem Karatsevem. Na rewanż nie trzeba było długo czekać, gdyż Hubert nie dał szans Rosjaninowi już podczas kolejnej imprezy – konkretnie w 4. rundzie BNP Paribas Open w Indian Wells. W Kalifornii reprezentant kraju nad Wisłą szturmem wdarł się do ćwierćfinału, w którym po niesamowitej bitwie uległ rewelacyjnie dysponowanemu Grigorowi Dimitrovowi.

Wspomniany wynik pozwolił tenisiście z Dolnego Śląska zadebiutować w gronie dziesięciu najlepszych zawodników na świecie. Polak zajmował także dobrą pozycję w wyścigu o Turyn, choć sensacyjny triumf Camerona Norrie’ego w Indian Wells lekko skomplikował sytuację. Wszystko było jednak w rękach Huberta.

Solidny finisz

Po tygodniowej przerwie nasz reprezentant rozpoczynał w Wiedniu ostatni cykl turniejowy w tym roku. Występ w stolicy mógł być kluczowy dla losów walki o miejsce w ATP Finals, która jeszcze bardziej zaostrzyła się po tym, jak Jannik Sinner zdobył tytuł w Antwerpii. Hurkacz po raz trzeci w okresie trzech miesięcy grał z Andym Murrayem i po raz pierwszy musiał uznać wyższość Szkota. Mocno skomplikowało to sytuację naszego faworyta, który został wyprzedzony przez Sinnera w rankingu ATP Race. Jak się okazało, ważną rolę w tym wyścigu odegrał… Frances Tiafoe. Amerykanin w nieprawdopodobnym stylu zatrzymał Włocha w półfinale imprezy, co postawiło Huberta Hurkacza w niezłej pozycji. Tym bardziej, że w Paryżu główny rywal Polaka odpadł już w swoim premierowym starciu. Sytuacja była jasna: awans do półfinału Rolex Paris Masters gwarantował wyjazd do stolicy Piemontu.

Hubert Hurkacz
fot. Hubert Hurkacz Facebook

To był właśnie ten turniej, który ostatecznie potwierdził doświadczenie i odporność psychiczną Huberta. W każdym spotkaniu w stolicy Francji zawodnik rodem z Wrocławia grał pod ogromną presją, która często go paraliżowała. On jednak za każdym razem był w stanie pokonać przeciwności, wyjść z tarapatów, a ostatecznie zapewnić sobie miejsce w Nitto ATP Finals. Rewelacyjny występ w pojedynku z Novakiem Djokoviciem tylko potwierdza, jak gigantyczna presja towarzyszyła „Hubiemu” we wcześniejszych rundach.

Oczywiście, nasz reprezentant liczył na lepszy występ w „turnieju mistrzów”, ale nie wpływa on na ocenę całego sezonu. Sezonu, który był zdecydowanie najlepszym w dotychczasowej karierze naszego tenisisty i który pokazał wiele ważnych, pozytywnych rzeczy. Przede wszystkim Hubert jest już zawodnikiem z solidnym bagażem doświadczeń, który potrafi wygrywać mecze, w których jego dyspozycja jest daleka od optymalnej. Był też w wielu nowych sytuacjach – np. pierwszy raz zdobył tytuł rangi Masters 1000 i zadebiutował na Igrzyskach Olimpijskich. Stał się też graczem znacznie bardziej stabilnym, potrafiącym wykorzystać swoje najbardziej efektywne umiejętności. Nie ulega wątpliwości, że Hubert niesamowicie rozwinął się w każdym elemencie swojego warsztatu. Życzę sobie, Wam, a przede wszystkim samemu Hubertowi, aby przyszły rok był jeszcze lepszy.

Statystyki

Na koniec przedstawiam kilka statystyk porównawczych. Statystyki pochodzą ze strony ATP Tour.com i dotyczą wyłącznie spotkań rozgrywanych w turniejach głównych ATP i Wielkich Szlemach.

Asy serwisowe201920202021
 356232580
Podwójne błędy201920202021
 14110798
% serwisowe201920202021
% trafialności 1. serwisu656063
% skuteczności 1. podania737475
% skuteczności 2. podania524653
% wygranych gemów serwisowych837986
% wygranych punktów przy serwisie666367
% przy returnie201920202021
% punktów wygranych po 1. podaniu rywala272828
% punktów wygranych po 2. podaniu rywala475149
% punktów wygranych przy odbiorze353736
% gemów wygranych przy odbiorze182220
% przy breakpointach201920202021
% obronionych breakpointów655964
% wykorzystanych breakpointów384236
Bilans spotkań201920202021
 25-2415-1336-23

Turnieje z udziałem Huberta Hurkacza możesz obstawiać w forBET, a korzystając z kodu TBD otrzymujesz pakiet powitalny o wartości 2350 PLN, a w tym m.in. zakład bez ryzyka do 100 PLN oraz 14 dni gry bez podatku!

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie sport_900x300.gif